Niech żyje bal

Dodane przez w w Wzrost
  • Rozmiar czcionki: Większa Mniejsza
  • Przeczytano: 712
  • 0 komentarze
  • Subskrybuj zmiany
  • Drukuj

b2ap3_thumbnail_sad-woman.jpg

Będzie to krótkie opowiadanie o utraconej niewinności. Nie tyle tej cielesnej, co raczej emocjonalnej. O tym, jak mogą cię zmienić ludzie, którymi się otaczasz. O tym, jak krótka i prosta jest droga od pięknych marzeń do najgorszych zbrodni — zabójstwa własnego dziecka.

Kiedy byłam młodą dziewczyną, szanowałam swoje ciało i miałam czyste myśli. Żyłam ideałami, marzeniami. Pragnęłam wielkiej miłości, na całe życie. Myślałam, że zrobię to tylko z tym jedynym — moim mężem. Potem zaczęłam się podkochiwać w tym i tamtym. Nie było jednak mowy o żadnych zbliżeniach. Chodziliśmy za ręce, całowaliśmy się i przysięgaliśmy sobie miłość na całe życie. Wszystko było takie niewinne. W końcu z nastolatki przekształciłam się w kobietę. Zaczęłam studia i trafiłam w nowe środowisko. Nie znałam takiego życia. Od imprezy do imprezy; od wina, przez wódkę, po bimber; od chłopaka do chłopaka. Na początku czułam niesmak, ale później te wszystkie opowieści moich koleżanek z grupy zaczęły mnie ekscytować. Ile mi ucieka! — pomyślałam. Trudno było mi się przełamać i udawać bezwstydną, ale alkohol szybko rozwiązał mój problem. Otoczenie zaczęło mnie zmieniać, a ja byłam bezbronna. Ludzie, z którymi się zadawałam, ukradli moje niewinne, może nawet naiwne spojrzenie na życie. Stałam się kimś innym — naczelną baletnicą studenckich imprez. Ach, jak pokochałam to życie! Robiłam się cyniczna i coraz wyżej nosiłam głowę. Miałam spore powodzenie, więc mogłam przebierać wśród chłopaków.  Nie lubiłam jednak traktować ich na jedną noc, musiało jakoś drgać we mnie serce. Wchodziłam więc w związki z akademikowymi przystojniakami, przy których szybciej biło mi serce, bywałam nawet zakochana. Wszystko jednak było zabawą. Nie snułam żadnych planów, nikt mi nie imponował. Biłam ich na głowę inteligencją, prezencją, statusem społecznym, oczekiwaniami, więc nie widziałam wśród nich godnego mnie partnera na całe życie. Na całe życie? Ha, a kto wtedy o tym myślał?! I dalej balowałam, koncentrując się najwyżej na dniu następnym.

Tak dalece się zdegenerowałam emocjonalnie, że kiedy okazało się, że jestem w ciąży, nie widziałam problemu. Aborcja była legalna, ja zresztą miałam pieniądze, więc decyzja była szybka. Mimo że mój chłopak chciał się ze mną żenić! Nie wiedział biedak, że traktuję go mało poważnie, choć w zasadzie byłam w nim zakochana. Właściwie nie w nim, ale w jego wyglądzie, bo w nim wciąż widziałam małomiasteczkowego prostaka. Zresztą — bal musiał trwać!

Bałam się tylko samego zabiegu. Chodziłam więc z dzieckiem jeszcze przez parę tygodni. Czułam, jak się we mnie rozwija. Wymiotowałam na każdym kroku. Próbowałam chodzić na zajęcia, ale więcej czasu spędzałam w toalecie niż na wykładach. Nie mogłam jeść, bo ciągle mnie mdliło. W domu bywałam krótko, więc rodzice niczego nie zauważyli. Zresztą i tak byli zajęci sobą i swoją karierą. Dorastałam w samotności i całkowicie pozbawiona z nimi kontaktu. Musiałam jedynie sprostać ich oczekiwaniom — odnosić sukcesy i być kimś nieprzeciętnym.

Nie rodziły się we mnie żadne wyższe uczucia. Decyzja była podjęta. Dziecko nie mogło pojawić się teraz i z tym człowiekiem. Nie pragnęłam go, traktowałam jak chorobę ciała. Ale bałam się, że podczas zabiegu coś się skomplikuje i już nigdy nie będę miała dzieci. Nie żałowałam, że odbieram komuś życie czy też szansę na życie. Komuś? Jakie to smutne. Przecież chodziło o moje dziecko!

Do gabinetu trafiłam w dwunastym tygodniu ciąży. Od lekarza usłyszałam, że trochę już późno na zabieg, ale jeszcze „mieszczę się w czasie”. Wtedy ważne były słowa, że zdążyłam, dziś coraz częściej myślę o słowie: późno. Wtedy nie zastanawiałam się, nawet nie wiedziałam, jak przebiega — nazwijmy rzecz po imieniu — skrobanka. Dziś męczy mnie obraz rozdzieranego żywcem dziecka. Mojego dziecka. Musiało upłynąć wiele lat, zanim zaczęło to boleć.

Po zastrzyku zasnęłam. Na dwadzieścia minut. Było po wszystkim. Usłyszałam beznamiętne wskazówki i jeszcze dwie godziny miałam leżeć w salce obok gabinetu. Potem ubrałam się i wyszłam. Byłam wolna. Mogłam znów się bawić!

I jeszcze długo się bawiłam. W tak samo nieodpowiedzialny sposób. Nie nauczyło mnie to niczego. Dziesiątki razy drżałam, czy nie jestem w ciąży. Nie stosowałam żadnych zabezpieczeń, nie myślałam o ryzyku. Wiedziałam jednak, że gdybym kolejny raz „wpadła” , znów ucieknę się do zabiegu. Hmm... jak ładnie to nazywamy — zabieg. Leczymy nasze ciała z niepożądanych „narośli”. Radzimy sobie z „kłopotem”, który może zniweczyć nasze plany i marzenia. A jakie mamy plany i marzenia najbliższe? Zabić własne dziecko. O, przepraszam, płód. Nie, też niedobrze, zarodek. O, takie nic...

Kiedy dziś patrzę w oczy swojej córeczki, uporczywie myślę, jakie byłoby tamto dziecko. Jak wyglądałoby moje życie? Kim bym była? A gdybym nie mogła mieć już dzieci? Jak bardzo bym cierpiała, skoro mając dziecko, nie mogę o tamtym zapomnieć? Dokąd wiedzie droga egoizmu, powierzchowności, bezmyślności, cynizmu?

Gdyby nie Bóg, nie dałabym sobie rady. Wtedy nie było Go w moim życiu. Tak żałuję. Uchroniłby mnie od tylu błędów. Gdyby nie przebaczający Bóg, któremu w pełni zaufałam, nie umiałabym teraz żyć. Wina jest dla matki zbyt ciężka do uniesienia. Te ciągłe oskarżenia, pytania bez odpowiedzi, piekące sumienie, dręczący żal... Ale skoro Pan zakrywa, to i ja mogę się z sobą uporać. Bo przecież, „jeśliby oskarżało nas serce nasze, Bóg jest większy niż serce nasze” (I J 3,20).  To był mój ratunek. To jest ukojenie mojego bólu. Chociaż cierń pozostał i będzie zawsze dławił.

Roksana

- - - - - - - - - -

Źródło: Znaki Czasu / grudzień 2006

 

Komentarze